Europejska „elita”

W niedawnym referendum Brytyjczycy przegłosowali swoje wyjście z Unii Europejskiej. Dla wielu osób był to szok i zaskoczenie. Jednak natychmiast po tzw. Brexicie, pojawiły się głosy mówiące o tym, że trzeba coś zrobić, aby za przykładem Wielkiej Brytanii nie poszły kolejne państwa. Zdaniem wielu spanikowanych euroentuzjastów Unia powinna się zmienić i z socjalistycznego eurokołchozu przemienić w federację państw, tak jak to było planowane na początku tworzenia tego dziwnego tworu w latach 50-tych XX w. Nasuwa się więc pytanie, czy ta postulowana zmiana jest w ogóle możliwa? Aby na nie odpowiedzieć, należy się najpierw przyjrzeć życiorysom osób sprawujących najwyższe urzędy w Unii i dopiero po ich przybliżeniu, będziemy mogli zrozumieć, w jakim kierunku ona podąża.

Najważniejszą funkcję w UE, czyli przewodniczącego Komisji Europejskiej, pełni od końca 2014 r. Jean-Claude Juncker, urodzony w 1954 r., obywatel Luksemburga, z wykształcenia prawnik. Przed objęciem tej funkcji, przez 18 lat był premierem Wielkiego Księstwa z ramienia partii chrześcijańsko-społecznej, w tym czasie współtworząc rządy z socjalistami i demokratami. Pierwsze kroki w polityce stawiał już we wczesnej młodości, zapisując się do bliskiej mu ideowo radykalnej lewicy, a ściślej do miejscowych trockistów! Jak sam wspomina: „W wieku 17 lat, w okresie największego buntu, flirtowałem z IV Międzynarodówką i tłumaczyłem mojemu ojcu i matce, że życie burżuazyjne, w moich oczach, niczego nie reprezentuje”. Następnie wstąpił do formacji chrześcijańsko-społecznej, po kilku latach wszedł do rządu i z dostatniego życia w polityce już nie zrezygnował. Pierwszym jego wielkim niepowodzeniem, po którym ustąpił z urzędu premiera była głośna afera korupcyjna w luksemburskich służbach specjalnych. Zarzucano mu brak nadzoru nad wywiadem, którego funkcjonariusze korumpowali lokalnych polityków, nielegalnie ich podsłuchiwali i przy okazji robili wiele „przysług” dla pewnego rosyjskiego oligarchy, osiadłego w Wielkim Księstwie. Już w trakcie przewodniczenia Unii wyszła na jaw kolejna wielka afera z jego udziałem, a mianowicie tzw. Lux Leaks. Dzięki międzynarodowemu dziennikarskiemu śledztwu, okazało się bowiem, że władze Luksemburga, którego premierem był wtedy nasz „bohater”, aprobowały proceder unikania płacenia podatków. Okazało się, że ponad 340 wielkich ponadnarodowych korporacji, prowadzących interesy na całym świecie, potajemnie podpisało umowy z luksemburskimi władzami, i dzięki zarejestrowaniu działalności na terenie Księstwa, tamtejszy fiskus umożliwiał im płacenie najniższych stawek podatku, często w wysokości 1%. Umowa taka i wystawiane przez miejscowe władze odpowiednie zaświadczenia, automatycznie zwalniały te firmy od płacenia podatków w pozostałych krajach Unii, w których prowadziły swoje „kokosowe” interesy. Dzięki temu korporacje uniknęły opłacenia należności obliczanych na wiele miliardów euro! Oczywiście wysokość uzgodnionego wzajemnie podatku była dla innych państw eurokołchozu tajemnicą, ale proceder ten był zgodny z obowiązującym prawem podatkowym Księstwa.

Wymiarem etycznym tego procederu nikt się w Luksemburgu nie przejmował, a w najmniejszym stopniu jego ówczesny premier, który musiał o wszystkim wiedzieć, gdyż oprócz szefowania rządowi, pełnił równocześnie funkcję ministra finansów i pracy! I ministrował tak przez 20 lat. Pikanterii tej aferze dodał fakt, iż trafiła ona do rozpatrzenia przed urząd przewodniczącego Komisji Europejskiej, który pełni… Jean-Claude Juncker! Obecnie sprawa jest rozpatrywana przez powolny aparat biurokratyczny w Brukseli, ale dotychczas wniosek o sądowne ukaranie postawiony został tylko trzem osobom, dzięki którym cała ta afera ujrzała światło dzienne, tj. francuskiemu dziennikarzowi i księgowym umożliwiającym mu wgląd do poufnych dokumentów. W wyniku nagłośnienia całej sprawy przez niezależne media i ogromnego niezadowolenia ze strony pozostałych rządów UE, nowy już premier Luksemburga postanowił zmienić prawo podatkowe obowiązujące w jego kraju. Pomimo fascynacji ideałami trockistowskimi, politycy unijni niechętni Junckerowi, a zwłaszcza jego największy oponent, były premier Wielkiej Brytanii James Cameron, zarzucali mu swoisty konserwatyzm, przejawiający się brakiem zgody na jakiekolwiek zmiany w Unii, a także podkreślali jego „specyficzne” podejście do wyników wyborów przeprowadzanych w poszczególnych krajach „wspólnoty”. Według słów Junckera, wypowiedzianych podczas debaty politycznej przeprowadzonej w jednym z rzymskich muzeów, które opublikował brytyjski „Daily Telegraph”: „Premierzy muszą przestać słuchać swoich wyborców, a zacząć się zachowywać jak pełnoetatowi Europejczycy”. Jego zdaniem politycy popełniają błąd, gdyż zbyt dużo czasu zajmuje im myślenie o wyjściu z UE, przymilając się jakoby opinii publicznej w swoich krajach, a za mało pracują nad pogłębianiem i rozwojem takich „historycznych” projektów jak Unia i przy okazji nad powszechnym wprowadzeniem waluty euro. Drwił też z brytyjskich polityków, którzy w trakcie kampanii wyborczych starali się o poparcie Brytyjczyków dla swoich kandydatur, podnosząc często potrzebę obrony brytyjskiej racji stanu i interesów. Dodał, że stan ducha polityków pracujących nad traktatem w Maastricht, posiadających w tamtym czasie poczucie europejskiej wspólnoty, należy już do przeszłości, natomiast: „Zbyt wielu polityków (brytyjskich) wsłuchuje się w opinie własnych narodów”! Towarzysz Trocki byłby zapewne rad ze słów i czynów swego wielbiciela. W efekcie takich aroganckich wypowiedzi przewodniczącego KE, umiejętnie nagłośnionych przez brytyjskie media, nie powinien właściwie dziwić wynik głosowania nad Brexitem. Junckerowi wytyka się również, że jest intrygantem, prawdziwym wielbicielem nocnych intryg kuluarowych, szczególnie prowadzonych z przywódcami Francji i Niemiec. Jego specyficznym obyczajem są kompromisy zawierane najczęściej o świcie, gdyż długie narady eurogrupy zawsze kończą się nad ranem i dodatkowo przy „wsparciu” wielkich ilości wypitego wina! W zachodnich mediach mówi się głośno o jego alkoholizmie, gdyż każdy dzień zaczyna nie od śniadania, ale od lampki koniaku. Na poparcie tezy o „problemach alkoholowych” Junckera, jego byli luksemburscy współpracownicy zdradzili mediom, że równie chętnie sięga on po najmocniejsze trunki także do lunchu, obiadu, deseru i kolacji, czyli praktycznie wspomaga się non-stop! Jednocześnie prounijni komentatorzy polityczni twierdzą, że pomimo jego alkoholowej „słabości” jest on jednak doświadczonym politykiem oraz osobą zdecydowaną na dalszy rozwój eurokołchozu i zdeterminowaną w pogłębianiu socjalistycznej Unii, bez oglądania się na koszty społeczne i finansowe, z czego byłby dumny zapewne niejeden komunista.

Robert

Fragment artykułu, który ukazał się w „Polskim Szańcu” 2/2016.